bloglovin
Feed
Index


Fashion bloger, stylista, projektant, fotograf, designer - to ostatnio najbardziej popularne zajęcia wśród zaczynających swoją drogę zawodową.



A to oznacza jedno - Kreatywność jest w modzie. Albo też daje do myślenia, czy nie jest czasem tak, że nie wiedząc kim zostać, większość młodych ludzi wybiera, jak im się wydaję, łatwiejszą drogę. I tak, mamy wysyp blogów o modzie, na których obserwujemy często wręcz komiczne stylizacje; fotografów, którzy nie wiedzą, co to światło i jak je ustawiać; projektantów, którzy myślą, że wycięcie dwóch dziur w kawałku materiału, wystarczy by nazwać to sukienką. Dlatego, tak ważna jest opinia prawdziwego znawcy. Kogoś, kto jest w zawodzie nie od dziś, kogoś, kto przeszedł drogę od klęski do sukcesu. I jak by to nie zabrzmiało pompatycznie, tylko taki ktoś ma prawo się nazywać Osobą Kreatywną, Twórcą, Designerem.



Zapraszam Was, myślę, do jednego z najbardziej pouczających wywiadów z projektantem ubioru Michałem Marczewskim.
________________________________________________________________________________
Skąd się wziął i kim jest Michał Marczewski?
Wziął się ze Szczecina. Tu się urodziłem, tu pracuję nadal dzieląc swój czas po połowie na Berlin i Szczecin. Prawdopodobnie zatrzymam pracownię w Szczecinie, mimo iż to smutne i bardzo depresyjne miasto z upadłym przemysłem i raczej nie najlepsze dla projektanta mody. Tu się jednak wychowałem, mam wielu znajomych i nie udaję na Zachodzie, że jestem kimś innym. I ludzie to doceniają- że nie mam kompleksów mówienia o Polsce, chwalenia naszej sztuki, architektury czy kuchni (jestem zapalonym kucharzem i przez to coraz lepiej wyglądam heh). Berlin jest wspaniały i jestem w nim zakochany, ale jednak miasto rodzinne pozostanie zawsze w moim sercu, nawet ze wszystkimi swoimi wadami, przez które przeprowadzam się do Niemiec.



Jakie były Twoje początki w modzie?
Z pewnością ładnie by zabrzmiało, że od dzieciństwa chciałem się tym zajmować, że potajemnie kupowałem lalki i na nie szyłem itd. Nic z tych rzeczy- już jako dekorator wnętrz, zaledwie 6 lat temu zostałem poproszony o zaprojektowanie mini kolekcji w zastępstwie – do pokazu mody, który miał być „dodatkiem do kotleta” na przyjęciu firmy reklamowej. Kolekcja okazała się sporym sukcesem, rzuciłem więc pochopnie projektowanie wnętrz i po kolejnych dwóch kolekcjach, które okazały się totalną klapą - pozostałem w tym światku, ale teraz jestem ostrożniejszy. Nie projektuję już tak wielkich kolekcji jak kiedyś i nie projektuję myśląc wyłącznie o tym co chcę pokazać - raczej myślę teraz o tym co klientki chciałyby kupić i w ty miejscu przemycam jakieś swoje rozwiązania na dany sezon. Pierwsze kolekcje, to była nauka na własnych błędach i ostre zderzenie z rzeczywistością. To, że ciebie chwalą, nie oznacza że ciebie kupują i nawet jeżeli już coś kupią, to niekoniecznie wracają.



Jak wygląda Twój proces twórczy?
Czasem przy porannej kawie potrafię narysować/ zaprojektować całą kolekcję i podzielić ją jeszcze na sekcje kolorystyczne, sekcję dzienną i wieczorową. Czasem jednak ostatecznie wybieram projekty po nawet miesiącu rysowania. Potem kupuję tkaniny, wyszukuję dodatki krawieckie i zaczyna się szycie- kolekcja do noszenia na co dzień powstaje mniej więcej w dwa miesiące, a na kolekcję typu couture potrzebuję około 4-5 miesięcy. Mimo to, na dzień przed pokazem potrafię odrzucić z listy kilka modeli i krawcowe szyją do późnej nocy nowe egzemplarze, a ja siedzę do rana nad jakąś suknią i naszywam kamienie. Kolekcję uznaję za gotową dopiero w momencie rozpoczęcia się pokazu i następnego dnia myślę już tylko o następnej.

Dla przykładu- teraz pracuję już nad pierwszymi egzemplarzami jesień-zimy 2012/13, ponieważ to ostatni moment by zacząć przygotowania do styczniowego pokazu na Berlin Fashion Week 2012 oraz do prezentacji Couture – również w styczniu 2012 i też w Berlinie. Szczęśliwie już teraz mam zapytania o miejsca w pierwszym rzędzie na tę ostatnią imprezę. Generalnie wszystkim spoza branży wydaje się, że życie projektanta polega na bywaniu na przyjęciach, rozbijaniu drogich samochodów i kąpaniu się w strugach drogiego szampana. Prawda jest taka, że trzeba codziennie wstawać na 7 rano do pracy, kontrolować każdy etap powstawania konfekcji, znać się na wszystkim - od tego jak powinien wyglądać poprawny szew aż po działania marketingowe. I trzeba być konsekwentnym nawet jeżeli wszyscy wkoło są sceptyczni.



Co sądzisz o Polskiej scenie modowej?
Mogę wymienić dwa nazwiska: Ania Kuczyńska - dla mnie najlepsza projektantka pret-a-porter w Polsce oraz Mariusz Przybylski - doskonały konstruktor, robiący chyba jedne z najpiękniejszych garniturów jakie widziałem w polskiej modzie. Aczkolwiek tak jak Kuczyńskiej romans z modą męską uważam za nietrafiony, tak też wolę kobiety u Przybylskiego ubrane w garnitury, a nie w sukienki. Wydaje mi się, że trzeba się trzymać tego, po czym jest się rozpoznawalnym natychmiast i to udoskonalać.

Co do magazynów modowych, które właściwie powinny napędzać modę na polską modę - nie rozumiem wyborów ich redakcji. Sesje są mdłe, ugrzecznione - wyglądają jak kopie sesji z lat 90-tych i 80-tych ubiegłego wieku i poprzeplatane są z przedrukami nawet sprzed dwóch miesięcy z odpowiedników tych gazet na zachodzie.
Z jednej strony mamy kolejne twory redaktora Komara – gdzie „fleszem po gałach” oznacza dobrą sesję, a z drugiej strony wylizane Photoshopem zdjęcia gwiazd sprzedające nam jeden, ciągle ten sam pozbawiony charakteru przekaz „od rana do wieczora chodzę w butach Gucci od mojej stylistki, a do pracy zakładam tylko Zienia”… Skrajny underground kontra Pani Domu w wersji plastik.
No i te ceny - nie rozumiem dlaczego sukienka polskiego projektanta kosztuje dwa razy więcej niż np. ubrania Prady, Chanel czy Korsa. To niedorzeczne.



Czego nigdy nie zaprojektujesz?
Nie wezmę 3 metrowego kuponu tkaniny i po wycięciu w nim dwóch dziur na ręce i dziury na głowę i nie zmarszczę tego w paru miejscach i nie nazwę tego suknią koktajlową- to byłoby nieuczciwe i nieszczere zagranie wobec siebie i wobec klientki. Jestem miłośnikiem konstrukcji. Niestety wielu polskich projektantów tak rozumie projektowanie - co roku pokazują, że kupili trochę nowych tkanin i właściwie prezentują tkaniny na modelkach, ale nie idzie za tym żaden wyraźny przekaz na dany sezon.



Twój ulubiony kolor?
Zdecydowanie szary. Nawet jedna z poprzednich kolekcji na wiosnę/lato 2011, składała się prawie wyłącznie z różnych odcieni szarości. W tym kolorze najlepiej eksponuje się konstrukcję ubrań.
Jako projektant, na przekór „trendom” panującym wśród wielu polskich projektantek i projektantów, nie buduję kolejnych kolekcji pod rząd na drapowaniu kawałka tkaniny we wszystkich kierunkach. To zwykłe zasłanianie słabego warsztatu. Dobrze skrojone proste ubranie zawsze lepiej będzie wyglądało, niż najbardziej wyszukana draperia. Kilometry marszczeń sprawdzają się na pokazach, ale nie wytrzymują konfrontacji z ulicą, a przecież na modzie trzeba zarabiać!



Kim jest Twoja "muza" ?
Moimi muzami, bo trudno tu mówić o jednej, są dobrze ubrane kobiety. Zwykle chodzi o znajomą lub modelkę z najbliższego otoczenia, która przyciąga moją uwagę prostotą ubioru na tle wszechobecnej pstrokacizny, niestety nadal zalewającej nasze ulice. Zdarza się, że muzą w danym sezonie staje się jakaś silna osobowość z przeszłości - tak było z kolekcją dedykowaną Marlene Dietrich. Staram się jednak nie patrzeć za często w przeszłość. Świat wkoło tak szybko się zmienia i jest tak wiele nowych ciekawych rzeczy, tylu nowych utalentowanych ludzi odkrywamy co chwilę - to prawdziwy skarbiec inspiracji.



Twoje największe marzenie?
Na tę chwilę moim największym marzeniem jest posiadanie pięciu - sześciu butików w najważniejszych stolicach mody w Europie: w Mediolanie, Paryżu, Barcelonie, Berlinie i Londynie. Marzenie powoli się realizuje, jeszcze w tym roku ruszy moja pracownia oraz showroom przy Bismarck Strasse w Berlinie. W jednym miejscu klientki będą mogły zamówić suknię wieczorową, garnitur czy też wybrać coś z bieżących kolekcji – zarówno couture jak i pret - a - porter. W przyszłym roku planuję kolejny sklep, ale nie chcę zapeszać i na razie nic więcej nie zdradzę.



Wielki sukces, to...?
Dla mnie miarą wielkiego sukcesu byłaby możliwość spotykania codziennie na ulicy obcych kobiet noszących moje ubrania - tych klientek, których nie znam osobiście, a które ufają marce.
Na razie zdarzyło mi się to tylko kilka razy, ale to miłe uczucie wiedzieć, że ktoś lubi nosić moje ubrania. To znaczy że bronią się same, mimo iż nie popierają ich wielkie kampanie reklamowe czy sieć sklepów.
Nie ukrywam też, że za wielki sukces uznam pojawienie się wielkich pieniędzy ze sprzedaży kolekcji. Mimo zbliżającego się otwarcia sklepu w centrum Berlina, showroomu i perspektywy dwóch dużych pokazów – w dzisiejszych czasach niczego nie można być pewnym. Ale warto wierzyć.



http://www.facebook.com/profile.php?id=100000047408998

photo: Magda Lipiejko /MLstudio
Fall-winter 2008/09 "Hitchcock Blonde" ;
Pret-a-porter summer 2012;
Model in Red - styling by Magda Lena Pietraszko.